Upoważniona do szczęścia

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Niesamowita ulga mnie ogarnęła... Byłam na spacerze, na herbacie u koleżanki, pomogło... Uśmiecham się. Mogę nawet powiedzieć, że delikatnie pojawił się znów optymizm. Miałyśmy się uczyć na jutrzejszy egzamin, cóż, ograniczyłyśmy się do robienia ściąg... W dodatku bardzo pobieżnie. Pogadałam sobie... Trochę zszedł ze mnie strach, pustka... To nic, że miałam wrażenie, że nie jestem sobą. Sobą jestem tylko przy M. i przy psycholog. Ale to odrębne kwestie... Kiedyś Ci opowiem, Czytelniku...

Przecież jeśli jutro nie zdam to świat mi się nie zawali, to tylko jeden, mały głupi egzamin... Jedna z chwil, które przeżywam w życiu. Za kilka dni w ogóle nie będę już o tym pamiętać... Zdecydowanie takie złudzenie jest mi potrzebne.

Wieczór... czasami lubię wieczory bo ogarnia mnie wtedy wena. Tworzę... Ale niestety moje tworzenie często bierze się z negatywnych uczuć, bo wtedy najłatwiej wejść w świat fantazji... Ja... Ja po prostu chciałabym się poczuć szczęśliwa dłużej niż przez ułamek sekudny... Tymczasem zlękniona, odziana we wspomnienia, uciekam... Szukać marzeń.
Boso...

Uciekam... by złapać lepsze jutro...
Tagi: ja uczucia
07.05.2010 o godz. 20:56
Kolejny dzień z serii tych sennych. Mam ochotę złapać za kołdrę i przytulić się do kaloryfera, by mnie ogrzał, bo chyba lubię ciepło, to odczuwalne wewnątrz jak i na zewnątrz. Przytulić się... zakryć kołdrą i spać gdzieś w kącie, blisko ciepła. Długo... Aż mi przejdzie. Wiem, znów przemawia przeze mnie chęć wycofania się. Z całej tej bójki myśli, które toczy się w mojej głowie. Teoretycznie mogę powiedzieć temu stop, ale to nic nie da, to tylko zatrzyma to co boli. A ja chcę się od tego uwolnić, muszę stawiać powoli pierwsze kroki, jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Idiotyczne porównanie... ale dokładnie tak się czuję. Jak dziecko, które jest niezdolne do egzystencji samotnie. Dziecko, które chciałoby aby za nim zawsze ktoś stał, by w razie upadku ktoś go asekurował. A jeszcze lepiej by był ktoś kto nigdy nie dopuściłby do zagrożenia. Czasami się na tym łapię... że próbuję uciekać gdzieś daleko, czasami uciekam specjalnie. Robię to tylko dlatego by ktoś zechciał mnie złapać. Ale nikt tego nie robi, a ja znów spadam na ziemię i niemiłosiernie się obijam. I znów czuję ból... Psychiczny! Chociaż ten często przeradza się w inny rodzaj bólu; ból fizyczny. Brak mi sił do funkcjonowania. Do życia. Budzę się rano i nie mam siły wstać z łóżka, czeka mnie tyle spraw, cały dom na mojej głowie, naczycia do umycia, przygotowanie obiadu, myśl o tym mnie przybija. Co mam zrobić by w ogóle mieć siłę aby przebrać się z piżamy, a co dopiero by zająć się domem? Brak siły aby posprzątać pokoju... Ale inni myślą, że ja po prostu nie mam czasu, że dobrze mi w tym swoim bałaganie. Widzisz Czytelniku... Nawet pokój odzwierciedla to co czuję - chaos, pustkę, samotność, wszystko mam porozrzucane i nie wiem jak mam się zabrać za zbieranie... tego co ze mnie zostało. Resztek? Nie umiem się zająć sobą, zawsze skupiam się na innych, by im było lepiej, ja się nie liczę, mnie tu nie ma, ja jestem mało ważna, bądź silny, a ja Ciebie będę wspierać... Dokładnie tak. Czy to dlatego, że lubię być komuś pomocna? Nie wiem... Myślę, że przemawia we mnie chęć bycia idealną. Zawsze muszę być najlepsza. W przyjaźni, w nauce... Tylko dlaczego ja to tak wszystko powoli zostawiam, co? Miałam najpiękniejsze marzenia jakie tylko można mieć... Chciałam być aktorką, byłam w tym dobra, wiem to... Ale potem ludzie, którzy mówili mi, że jestem dobra odeszli, bo taka jest kolej rzeczy, a ja zostałam sama z marzeniem... i z rodziną. Rodziną, która nigdy nie wspierała, idealnie wręcz zabijała we mnie to co miałam najcenniejszego, to co przynosiło mi radość i w czym się spełniałam. A może to jest tak, że ja lubię coś robić jak ktoś mówi mi, że mi to dobrze wychodzi? Forografia... wiersze... Kolejne rzeczy, które ukochałam, a ktore potem znów porzuciłam... Na początku był jakiś element zachłyśnięcia się tym wszystkim, tym, że moje wiersze coś komuś dały, że były piękne.... Tak samo jak zdjęcia. Poza tym... Cudowne było to, że mogłam sobie sama wyokreować świat w jakim chcialabym być na chwilę obecną. I mogłam tam grać kogo tylko chciałam i nie dostawałam za to po uszach... A ten świat... mimo iż tak odległy od rzeczywistego był taki mój, mały, piękny, idealny i niesamotny. A ja poczułam się ważna, lepsza. Dowartościowana... ale tylko na krótką chwilę. A potem była cisza... A ja znów oddaliłam od siebie to ukochałam. Ale jeśli bym darzyła coś miłością to nie pozwoliłabym temu odejść, prawda? Właśnie...

Codziennie kontroluję emocję, codziennie analizuję każde wypowiedziane w moją stronę słowo. Każdy gest. Zastanawiam się czy to normalne, ciągle myślę... Nigdy nie zabijam tego w sobie. Nieustannie coś trawię, ciągle coś mnie boli. Ta analiza mnie wykańcza! Tym bardziej, że w mojej głowie siedzi mały-wielki krytyk, który ujawia się w każdej myśli. Pokazuje, że jestem beznadziejna, bezwartościowa, głupia. Obala mit o idealnej dziewczynie... Zrozum... Ja tylko chcę by ktoś mnie zauważył... Tylko tyle... Odrobina uwagi...

Ostatnio mam jakąś wzmożoną ochotę się poprzytulać. Tylko kogo mam objąć, samotność? Myślę o swoim życiu... o ludziach, którzy są obok mnie. No właśnie, obok, a tak daleko! Czuję się jak dziecko, które prosi o sekudnę, wręcz ułamek uwagi... Nie umiem prosić. Nie o uczucie, nie o to by ktoś okazał mi miłość. Nie o przytulenie... Zdecydowanie nie umiem się przytulać. Takie gesty wiążą się z zagrożeniem. Z tym, że ktoś odkryje, że nie umiem... Że się denerwuję, że ręce mi drżą i że serce mnie boli. Tak... chciałabym aby ktoś przytulił to rozedrgane serce. Mocno. I by pokochał na tyle, że nie chcialby go już nigdy więcej puścić...

Tylko... aby coś pokochać najpierw trzeba coś prawdziwie poznać... Ale ja nie wiem co to znaczy być prawdziwą, co to znaczy poznać... Chociaż... ostatnio jak wracałam z sesji z psycholog poczułam w sobie tak wszechogarniającą radość, że chciało mi się latać. Dawno nie czułam takiego stanu w sobie. Wsiadłam na rower i pognałam gdzieś daleko... By nie marnować chwili... A potem byłam na najdłuższym spacerze w moim życiu... Tylko dlaczego ta radość tak po prostu zniknęła? Wyparowała... Znów zostałam sama...

A jutro przede mną ciężki egzamin... Ja nie mam siły. Ja nie chcę... Boję się... Boję się strachu... Tak, lękam się strachu, tego, że będę jak sparaliżowana, która nie ma siły się ruszyć, na ma siły by wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Wiem, to ma w sobie tyle prawdy... ile sprzeczności... Możesz tego nie zrozumieć... Ale możesz postarać się usłyszeć...
Tagi: ja
07.05.2010 o godz. 11:39
Ostatnio mam nadmierną potrzebę wyrażania swoich uczuć, emocji... Piszę, bo nie umiem inaczej. Ta blokada, która jest we mnie i uniemozliwia mi uzewnętrznienie siebie w pełni odbiera mi mnóstwo energii. Mogłabym całe życie spać... bo sen przynosi ukojenie. Jest swojego rodzaju ucieczką - od problemów, od tego, że odzywa się we mnie moje prawdziwe ja, które chciałoby wyjść na zewnątrz... Rozłożyć skrzydła... A ja niestety mu to uzewnętrznienie się nagminnie uniemożliwiam... To pewnie za sprawą przeżyć... Ciągłej krytyki, która towarzyszyła mi przez większość dzieciństwa w domu. Nikt mnie nigdy nie pytał o to co czuję więc w końcu przestałam czuć. Przestałam - dla tych, którzy chcieli bym przestała. Dla siebie - nigdy! Jedno, ważne zdanie, brzmiące prawie jak zasada; To, że nie mówię, nie znaczy, że nic nie myślę, albo, że nie czuję. Ale w momencie gdy mówisz o tym co Cię boli, a cała twoja gadanina odbija się echem, bo słowa do nikogo nie trafiają, w momencie gdy zaczynają bagatelizować Twoje problemy, tracisz ochotę by o nich mówić. Masz dość słów - "zmień minę, przestań się tak wszystkim przejmować, weź się w garśc...". Nienawidzę tego, nienawidzę takiej pobieżności w rozmowie o problemach. Dlatego rzadko takie rozmowy podejmuję. Nie z tymi, którzy nie zrozumieją... Przecież oni i tak nigdy nie widzą, nigdy nie słyszą... No właśnie - są ślepi i głusi czy udają...? Bo ja czasami udaję, ale tylko dlatego, że nie wiem jak mam się zachować... Tak, znów pojawia się motyw ucieczki... Często uciekam, zamykam oczy, zamykam się w pokoju, zamykam swoje serce przed ludźmi, zamykam się w klatce niespełniających się obietnic, zamykam słoiczek z problemami i odstawiam go na półkę by móc się mu czasem przyglądać... To wszystko... Nigdy go nie otwieram. A przynajmniej nie otwierałam dotychczas... Chociaż ostatnio mam tyle problemów, pytań, wewnętrznych konfliktów, że słój aż kipi od nadmiaru tego, co złe. Więc... powoli pęka. Bo tego chcę, mimo iż się boję. Zrobię wszystko by to co boli wreszcie ujrzało światło dzienne. Bo aby się uzdrowić trzeba podjąć walkę z chorobą. Jeśli lęk Cię paraliżuje musisz wyjśc mu naprzeciw. To będzie nowa sytuacja, a ja boję się zmian, zwłaszcza drastycznych... Ale gdy patrzę w przyszłość i widzę to, co mówienie o swoich uczuciach mogłoby zmienić w moim małym światku; we mnie, w moim spojrzeniu na wielki świat, w relacjach z ludźmi - strach maleje, a pojawia się chęć mówienia, odczuwania, ufania... Zaufanie... czy ja komuś ufam? Ktoś przeczytałam, że żeby człowiek mógł być w pełni szczęśliwy przynajmniej jeden człowiek na świecie musi go poznać w pełni. To cytat, niestety nie pamiętam skąd, wybaczcie. Czy mnie ktoś zna... "na wylot"? Ostatnio zdefiniowałam słowo przyjaźń; a właściwie miarę przyjaźni. Jest to liczba informacji, którą człowiek posiada o drugim człowieka, a których nie wykorzystuje przeciw niemu... Tak, H. zdecydowanie wie o mnie dużo. Ale... nie wie tego co najważniejsze. Nikt nie wie... Chociaż czasami mam wrażenie, że wszyscy wiedzą, tylko wszyscy milczą... To boli, ale nie mogę się dziwić... W końcu ja też milczę... Ze strachu... Wrosło we mnie przekonanie, że nikt nie zrozumie, że nikt nie będzie współodczuwał, że znów zostaję sama z problemem... że... Tak strasznie dużo jest tych... "że"...

Chciałabym być jak gąbka i chłonać każdą sekudnę życia, przyswajać ją. I akceptować to co się dzieje, że czuję. Ale niestety z akceptacją siebie i swoich uczuć mam największy problem. Czasami mam wyrzuty sumienia, że coś czuję. Że nie powinnam. Że krzywdze innych. Właśnie sobie uświadomiłam, że Ci, którzy są najbardziej skrzywdzeni boją się najsilniej tego, że mogą kiedyś kogoś skrzywdzić... To perfekcjonizm, czy po prostu nabyta gdzieś w dzieciństwie wada, w dodatku ugruntowana i ukształtowana przez społeczeństwo? Pewnie jedno i drugie...

Własnie... to będzie ciężkie, ale muszę się nauczyć wreszcie odpowiadać na pytania, nie tylko ja zadawać. Czytelniku, jestem przed Tobą jak otwarta książka. Posiadasz o mnie informacje, znaczące więcej niż wiek, imię czy miejsce zamieszkania. One człowieka nie charakteryzują, tylko przypisują. A ja muszę siebie zdecydowanie scharakteryzować. Dotknąć swojego serca, wyrwać je, obejrzeć... I opatrzyć wszystkie krwawiące rany... Mam nadzieję, że rozumiesz... Mam nadzieję, że dam radę. Chociaż podobno nadzieja matką wariatek! Ale zdecydowanie dla posiadania "nadziei" jestem gotowa na to byś taką etykietkę mi przypisał.

Zasługuję na miłość, na radość, na uśmiech, na szczęście. Wiem to, tylko nijak nie umiem tego przełożyć na realne funkcjonowanie. Nie umiem.... Jeszcze... Ale jest ktoś, kto mnie tego uczy. To najważniejsze. Najważniejsze by nie zostać sam na sam z niezrozumieniem, niespełnieniem, wszelakim brakiem...

Życie, zostań, bo pachniesz jak spełnienie, wiesz?
06.05.2010 o godz. 21:41
Często o tym myślę, a jeszcze częściej udaję, że omijam ten temat. Cóż, mam prawie dwadzieścia lat, a jeden związek na koncie. Tak, wiem, w życiu liczy się jakość, a nie ilość... Znam te ludzkie prawidła. No, ale która kobieta teraz nie kalkuluje tego? To taki głupi syndrom... Czasami czuję się gorsza, że pojawił się na mojej drodze tylko jeden facet. No własnie, my kobiety przekładamy to tak - "był tylko jeden, który mnie chciał". Ale takie myśli rodzą się w głowie po obserwacji tego spłyconego świata, a ze spłyceniem czegokolwiek skądinąd się nie zgadzam, bo bodzie to w moje "ja". Spłycony... ciekawe słowo, spłycony świat; bardzo powierzchowny, nieprzemyślany, bez skłonności do zastanawiania. Taki właśnie jest, a że jego budulcem są ludzie... Cóż, nie muszę chyba więcej dodawać...

Prawdopodobnie oczyścimy go jeśli znikniemy. Ale wtedy to byłoby wbrew mojej definicji. Skoro świat tworzą ludzie, a ich bym unicestwiła, unicestwiłabym też świat. Wolę więc zachować i świat i ludzi. Mimo... iż ta mieszanka nigdy nie będzie doskonała. Głupota, powiadasz? Wiesz... ja po prostu jestem inna niż większość dziewczyn chodzących po tym świecie. Niby zwykła... lecz w gruncie rzeczy idealistka, wierna przyjaciółka, hołdująca wzniosłym ideałom. Pewnie wielu z Was pomyśli, że niezły ze mnie przeżytek... Cholera! Ja też tak sądzę... Martwi mnie to, bo zamiast widzieć swoją niezwykłość... wrażliwość... skupiam się na tym by przedstawiać siebie w złym świetle.
Dlaczego? No, bo przecież to, że jestem inna, to znaczy że nie wpisuję się w kanon, to znaczy, że jestem gorsza. Prawda? Wielu ludzi potępia wspaniałe charaktery... (Słownie - bo w duszy raczej takie podziwiamy, ale mamy straszny kłopot by się do tego przyznać!).

Czasami mam wrażenie, że dzieje się tak dlatego, że wszyscy Ci "zwykli" za wszelką cenę chcą być "jacyś" ... A niestety nie są. Nigdy nie przemawiała do mnie bezbarwność, gadanie o głupotach... o przyziemnych rzeczach. Ja zawsze byłam gdzieś ponad ziemią - tak, dokładnie tak - w chmurach! ;-) Myślami... sercem... duszą... Czytelniku, może uznasz, że jestem naiwna, i że świat mnie zniszczy... nie neguję tego. Jedno jest tylko pewne; za wszelką cenę będę się starała zachować to, jaka jestem... Nie chcę się zmieniać pod dyktando innych... Nawet jeśli kiedyś zapłacę za to najwyższą cenę... na dzień dzisiejszy marzenia są czymś, co trzymają mnie przy życiu... I nie pozwolę im odejść... Chyba się do nich przywiązałam. Chociaż ostatnio usłyszałam, że to właśnie ludzie z problemami najczęściej uciekają w świat fantazji; książek... w internet. Kalkulując to... nawet by mi się zgadzała ta prawidłowość. Tak, myślę, że trzeba to wreszcie przyznać, obalić pewne mity z przeszłości... pokazać prawdziwą twarz. Moja mama chyba jest alkoholiczką. Bynajmniej nie standardową... Na pierwszy rzut oka zwykła... tylko czasami... wieczorami... (...). Rozumiesz...

Jak widzisz, a właściwie czytasz... mam przed czym uciekać...

Słowo alkoholizm wywołuje we mnie dreszcz więc wybaczcie ironiczny wydźwięk tej wypowiedzi... Trzeba się jakoś za wszelką cenę bronić przed prawdą... Mimo iż chcę by wyszła na jaw, ale jeszcze nie nauczyłam się obcować z nią, z tym, że od teraz mówię o uczuciach! Ale się nauczę... po to tu jestem, po to robię w życiu to, co robię. Nie poddam się...

Wracając do miłości... bo jak zwykle się zagalopowałam i rozpoczęłam drugi temat nie kończąc pierwszego, przepraszam. Ja... wiele razy w swoim życiu przewartościowałam to słowo, słowo miłość. Oczywiście chodzi mi o to uczucie pisane przysłowiowo z wielkiej litery. Miłość przez duże "M". Ta... ; jedno okreslenie przychodzi mi tylko do głowy; wspaniała miłość... Odpowiedz mi na pytanie; czy można wyznaczyć granice kiedy kończy się zakochanie a zaczyna miłość? Czy tą granicę można ustalić? Bo co do tego, że najpierw zawsze jest zakochanie nie mam żadnych wątpliwości. Zakochanie to taki stan... cóż, ja to zawsze porównuję do latania. Niby jesteś obecny ciałem, a myśli są jednak gdzieś daleko... tak, przy tej jednej, jedynej osobie. Osobie, która idealizujesz do granic możliwości, prawda? No, przyznaj się przed sobą, że tak robisz, Czytelniku! Wiem... ja sama mam ten głupi syndrom i nie umiem nad nim zapanować. Widzę ludzi takimi jakimi chciałabym aby byli. A potem... przychodzi prawda, która spada jak grom z jasnego nieba. I orientujesz się, że byłeś/aś głupi i że nie ma ideałów... I boli Cię serce, bo to znów była pomyłka... Ale, uwaga! Jest jeszcze drugie zakończenie tej historii. Bardziej optymistyczne. Ale... tylko dla szczęściarzy. Tak, zdecydowanie chciałabym trafić w dziesiątkę i spotkać bratnią duszę... której nie musiałabym odkrywać, bo byłaby podobna do mnie. W emocjach, w priorytetach... W wyborach! Taka miłośc musi być łatwa... Dlaczego więc my ludzie musimy sobie komplikować życie zakochując się w ludziach z zupełnie innego świata? Ktoś mi kiedyś powiedział, że w życiu należy kierować się sercem, bo rozumem to nudno! Nawet się z tym zgadzam... ale widzę jeden problem. Gdy w gre wchodzi serce i uczucia, rozum nigdy nie wygra... Tylko, co to tak na prawdę są te uczucia? Może to po prostu zbiór emocji zrodzonych w naszej głowie wznioślej nazywany po prostu uczuciami? Nie, nie, nie... nie będę spłycać tego słowa. Powiedziałam przecież, że z tym walczę...

Ale... widzisz Czytelniku, czasami dopadają mnie takie wątpliwości... Wielorakie pytania... Zawieszone gdzieś w powietrzu siedzą we mnie, aż nie poznam odpowiedzi... Tylko niestety do prawdy jest strasznie długa droga... Jak stąd w nieskończoność. Chociaż o samym słowie "prawda" też mam wyrobione pewne zdanie, ale o tym nie teraz... Może później... Teraz zostawiam Ci czas, byś przemyślał to, co napisałam wyżej...
06.05.2010 o godz. 09:19
Jakoś tak mi wszystko spowszedniało... Tak, chciałam latać, ale dziś nie mogę się poderwać od ziemi. I to nie za sprawą kilkunastu nadprogramowych kilogramów. Nie. Doszłam do wniosku, że moje życie jest codzienną gonitwą. Za uśmiechem, za czasem, za snem. I za miłością.

To mnie właśnie najbardziej boli w życiu… że ciągle za czymś tęsknię… i nigdy nic nie może być moje… Chociaż to co chciałabym posiadać… nie mierzy się miarą posiadania…

Może mówię tak, dlatego, że brak mi cierpliwości i dystansu. Tylko, że jeśli wszczepię w siebie dystans, to nic już nie będzie takie samo; emocjonalnie niezdrowe; ale... zdecydowanie cudowanie porywające moje serce! ;-)

Optymizm wyparował. Znów nastały refleksyjne dni, bo znów próbuję się siebie nauczyć. Chcę porzucić strach, lęk, przerwać wszystkie bariery... Obudzić w sobie każdą, najdrobniejszą cząstkę spontaniczności. Chociaż pewnie znów stawiam sobie za wysokie wymagania... Potrzeba czasu by się zmienić i czasu by do czegoś dojść, i by zmiana była trwała. No, tylko, że ja to wszystko wiem... Tylko jakoś tak ciągle mi się zaaaapomina...

Poproszę o słońce i natychmiastowy zwrot energii! No, do cholery, co z tą Wiosną?
Tagi: psychologia
05.05.2010 o godz. 09:13
Dopadło mnie właśnie słodkie lenistwo... Dlaczego ja tak uwielbiam beztroskę, co? Najgorsze jest to, że nawet wizja zbliżającego się egzaminu nie sprowadza mnie ani trochę na ziemię! Zdecydowanie chce mi się... latać! Chyba już się nie boję tak jak kiedyś... tego, no... upadku. Mimo iż nadal wiem, co to strach. Ale powoli buduję mur, obronny! Z uśmiechu. A jak już go wybuduję to żaden smutek się przez niego nie wedrze. Ewentualnie tylko Ci, którzy tak jak ja... ciągle marzą o skrzydłach ;)

To już czas... by marzeniu spełnić się dać. Budzę w sobie zachłanność na życie... mimo iż ciągle tęsknię za tęsknotą...
04.05.2010 o godz. 12:49
20 lat braku racjonalnego rozumowania. 164 cm ciągłego chaosu, ciekawości i spojrzenia na świat przez zielony pryzmat. Dzień dobry.

Przyszła wiosna... a wraz z nią same zmiany. Dlatego odświeżam tego bloga. Zaczynam wszystko od nowa. Mam sny sadem pachnące, myśli lekkie jak motyle, cudowne uczucia, niecodzienne wspomnienia. Świat cały obrasta w niebieskie migdały! I mam serce wypełnione wiosną po brzegi. Zdecydowanie to był bardzo spacerowy tydzień. Chadzałam aleją spełniających się marzeń... W sercu same motyle. Myślę, że będzie bardzo motyli blog... bo bardzo od serca!
Zapraszam,
Upoważniona do szczęścia.
Tagi: wiosna
03.05.2010 o godz. 22:52
statystyki
  • Czas na Bloblo: 0 dni 3 godziny 19 minut
  • Napisanych notek: 7
  • Komentował: 4 razy
  • Zebranych komentarzy: 5
  • Ostatni wpis: 07.05.10, 20:56
  • Wpis średnio co:
  • Profil odwiedzono: 2944 razy
  • Ilość avatarów: 1
  • Ilość zdjęć: 1
  • Ilość filmów: 0
  • Ilość logowań: 7
  • Ostatnie logowanie: 07.05.10, 20:55
  • Ostatnio odwiedzili: Niedzisiejsza, jaadzia, makabra, RichardoPiotr, WritingGirl, Zagadka93, ehoo, Lullaby